PREMIEROWO: Jojo Moyes "Zanim się pojawiłeś" - książka a film, czyli wielka recenzja

Te jeże są takie słodkie!

Trzy ostatnie dni spędziłam na gorączkowym czytaniu "Zanim się pojawiłeś". Odkąd we wtorkowy wieczór, zarezerwowałam bilety na piątkową premierę ekranizacji, dokończenie książki stało się moim priorytetem. Teraz mamy piątkowy wieczór, zdążyłam przeczytać ową powieść na czas, wróciłam z projekcji i jestem gotowa opowiedzieć Wam o swoich wrażeniach.
Książka:

Louisa Clark jest dość zwyczajną dwudziestosześcioletnią dziewczyną. Mieszka wraz z rodzicami, dziadkiem po wylewie, siostrą i jej synkiem. Prowadzi proste, stałe życie pracując w kawiarni "Bułka z masłem" i od kilku lat spotykając się z Patrickiem, który żyję triatlonami. Z tłumu wyróżnia ją jedynie dość oryginalny, kolorowy styl ubierania się. Jej rodzina nie jest zbyt zamożna, więc gdy Lou traci pracę, musi się zdecydować na dobrze płatną posadę opiekuna.
Will Traynor miał ekscytujące życie, które wiódł z piękną dziewczyną. Przeżywał różne przygody, podróżował i próbował różnych sportów ekstremalnych. Niestety, wszystko skończyło się wraz z wypadkiem i uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Przez co stał się zależny od innych i stracił chęć do życia.
I wtedy ich ścieżki się spotykają...

Czasami się zastanawiam czy jakiś pisarz wpadłby kiedyś na pomysł, aby stworzyć parę głównych bohaterów nie na podstawie kontrastów. Powoli mam dość historii o gangsterach i szarych myszkach, kujonach i członkach szkolnych elit, szefach firm i zwykłych urzędniczkach. Bo ile można? Oto przepis na bestseller dzisiejszych czasów:

1. Stwórz dwie kompletnie różniące się od siebie postacie.
2. Przez całą książkę ciągnij wątek jak poznają swoje odległe światy i różnice między sobą.
3. Zdecyduj czy chcesz szczęśliwe czy tragiczne zakończenie.

Nie traktujcie tego poważnie. Dobrze wiem jak trudno jest stworzyć i przelać na papier jakąkolwiek historię. Teraz, jednak jestem recenzentem i mogę sobie pozwolić na takie wyskoki. Wracając do tematu.
Gdy usłyszałam o "Zanim się pojawiłeś", od razu na myśl przyszedł mi film "Nietykalni". Nie tylko mnie, ponieważ główny wątek jest dość podobny. Ogólnie cała fabuła nie była aż tak bardzo wyszukana, a zakończenie - jak dla mnie, dość przewidywalne. Ale ja to ja, zgadywanie zakończeń to moja specjalność. Poza tym...oglądaliście kiedyś "Czarodziei z Wawerly Place"? Nie wiem czemu, ale gdy zaczęłam czytać opisy ubiorów Lou, miałam przed oczami niejaką Harper, serialową przyjaciółkę Seleny Gomez.
Mimo wszystko warto poznać tę historię dla drobnych elemencików, które różnią ją od innych powieści i nadają jej pewną wyjątkowość. Od mniej więcej połowy, z każdą stroną podobała mi się coraz bardziej i miałam nadzieję, że autorka nie zniszczy swojego początkowego zamysłu - i się nie zawiodłam. I oczywiście, że trochę płakałam. Jak dla mnie całkiem dobra książka, ale do pełni szczęścia jeszcze dużo brakowało. Nie wspominając o, jak zwykle, świetnie przetłumaczonym tytule. O mało nie spadłam z krzesła na widok oceny czytelników na Lubimy Czytać - prawie 8,5/10! Może ja czytałam jakąś inną książkę? Jak dla mnie - 7.

Film:

Jakby się zastanowić, to była całkiem dobra ekranizacja. Oczywiście okrojona. Jednak jeśli historia jest okrojona, ale jako tako tworzy jakąś całość, jestem gotowa wybaczyć pominięte wątki - dla dobra ogółu. Niestety, oglądając film miałam wrażenie, że scenarzystki żywcem wycięły najważniejsze momenty z książki i nakleiły na białą kartkę. Proszę bardzo, oto nasz scenariusz! Coś jak słabe streszczenie lektury, którą musisz przeczytać do szkoły - masz jakiś zarys, plan wydarzeń, ale nie masz nawet pojęcia co i dlaczego. Szczerze mówiąc, byłam pełna podziwu dla innych oglądających. Wszystko skakało od sceny do sceny i nie wiem jak oni ogarniali o co w tym wszystkim chodzi. Miałam ochotę wcisnąć pauzę, wyjść przed nich z tablicą oraz wskaźnikiem i wszystko im wytłumaczyć - dlatego jest tak, a nie inaczej.
Poza tym myślę, że zepsuto jeszcze dwie rzeczy. Pokazanie relacji rodziców Willa zupełnie odbiegające od książkowych oraz kompletne wycięcie wątku z przeszłością Louisy, który była bardzo ważny i tłumaczył wiele jej zachowań. Ale po co...
Przechodząc do tematu aktorów. Zaczęłam się interesować "Zanim się pojawiłeś" przez to, że główną rolę w filmie zagrał Sam Claflin. Jestem fanką trylogii "Igrzysk Śmierci", a "Love, Rosie" obejrzałam już chyba ze sto razy. I wiem, że nie stanowię wyjątku, a wszystko to stanowiło chwyt marketingowy, który pomoże nieźle zarobić. Taka jest smutna rzeczywistość, ale ja tam się cieszę, że zobaczyłam Sama i w ten sposób wszyscy są zadowoleni. Oprócz mojego portfela.
Jak się dowiedziałam dzisiaj, w rolę Lou wcieliła się aktorka z "Gry o tron", czyli obecnie najpopularniejszego serialu na świecie. Naprawdę, biję brawo ludziom od reklamy. Osobiście jakoś jej nie polubiłam. Denerwowała mnie jej twarz, która wyrażała na sekundę więcej niż Raffaello. Obiecuję, że nie będę już żartować.
Neville stał się Patrickiem.
Na deser zostawiłam Matthew Lewis'a, którego rozpoznałam podczas oglądania filmu. Trochę mi z tego powodu wstyd, ale trudno. Trudno nie zauważyć, że trochę się zmienił od czasów grania Nevilla. To przypomniało mi, że leciał dzisiaj w telewizji "Harry Potter i Komnata Tajemnic", a ja znowu nie zdążyłam go obejrzeć.
I na koniec muzyka, która sprawiła, że śpiewałam na sali kinowej, kompletnie nie przejmując się innymi, a musicie widzieć, że wokół mnie siedzieli dorośli ludzie. Sam soundtrack nie był wyszukany, czasami miałam wręcz wrażenie, że zapomniano tu i ówdzie wstawić jakiejś melodii. W czym więc tkwi sekret? W moich dwóch ulubionych piosenkach Eda Sheerana.
Rozpłakać się, nie rozpłakałam, ale dużo się śmiałam, ponieważ śmianie się na filmach to moja specjalność - szczególnie na dramatach. Musicie kiedyś ze mną pójść na jakiś wojenny czy coś. Za to wylałam wodę i narobiłam hałasu otwierając chipsy.
Jako film, oceniam na 7, bo nie był zły. Jako ekranizacje, może 6? Myślę, że warto pójść, choćby po to żeby zjeść popcorn, popłakać i się pośmiać, spędzić czas ze znajomymi, oderwać się na chwilę od codziennego zgiełku, a potem wyjść z kina z piętnastominutową inspiracji pod tytułem "Czas zmienić swoje życie". Jednak wszyscy wiemy jak to jest - doceniasz, gdy tracisz i nic tego nie zmieni, a my zawsze będziemy krytykować jak jest, ponieważ najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma.
Polecam, szczególnie w Tanie Wtorki. I dziękuję Edytce, że ze mną poszła ryzykując spóźnienie się na mecz i znosiła moje zachowanie, gdy każdy normalny człowiek wyszedłby w połowie.

PS Zabijcie mnie, ale nazwisko autorki kojarzy mi się z postacią z "Atomówek" - Mojo Jojo.

Komentarze

  1. Bardzo dziekuję za podziękowania,zdążyłam na mecz,film podobał mi się co uwydatniło się kroplami łez.
    Pozdrawiam
    E.

    OdpowiedzUsuń
  2. A mi się podoba Twoja recenzja jak zawsze krótko, zwięźle i na temat, zabieram swój czytnik i rozpoczynam czytanie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

♥ Jeżeli zauważyłeś/aś jakiś błąd - pisz od razu!
♥ Jeśli masz jakieś pytanie - śmiało pytaj!
♥ Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, są ona dla mnie niezwykłą motywacją do dalszego pisania.

Popularne posty z tego bloga

Nie lubię czytać książek